facebook.com/melissa.darwood
Instagram Melissa Darwood
poczta Melissa Darwood
YT Melissa Darwood
Przejdź do treści

Menu główne:


LUONTO

 
EPICENTRUM

#1

Ty niedobra dziewucho! – Dobiegło do jej uszu wołanie ciotki.
 
Nie odwróciła się jednak, tylko ruszyła wzdłuż lasu. Nie będzie kolejny wieczór siedzieć bezczynnie w chacie. Zarzuciła kaptur na cieniowane włosy naznaczone różowymi kosmykami.
 
W Rumi, gdzie mieszkała, mogła robić milion ciekawszych rzeczy. A tutaj? Miała już dość głuszy, wiecznej wilgoci, robactwa i ciszy przerywanej szmerami gryzoni.
 
Dla niej miejsca takie jak to mogły w ogóle nie istnieć. Urodziła się w mieście, żyła w mieście i w mieście chciała umrzeć – oczywiście nie teraz, tylko za jakieś sześćdziesiąt lat. A może i szybciej, zwłaszcza że coraz częściej myślała o skróceniu sobie życia.
 
Spędziła u ciotki dopiero dwa dni, a miała wrażenie jakby minęło trzydzieści. Bez dostępu do Facebooka, aska, demotów, snapchatu, klubów, Idy i Oskara czuła się jak narkoman na głodzie.
 
Przeklęta leśniczówka!
 
Kopnęła drobne drzewko, łamiąc je wpół. Główka sosenki zawisła na cienkim łyku, z którego popłynęły lepkie łzy.
 
Zatrzymała się. Czuła jak mimowolnie zaciska szczęki, aż boli ją żuchwa. Wpatrywała się w roślinę. Wdech, wydech. Uspokajała nerwy, aż do momentu, gdy zaczęły ogarniać ją wyrzuty sumienia. Chwyciła lepką gałązkę w palce i postawiła ją do pionu, jakby liczyła na to, że się zrośnie. Nic z tego. Sosenka zwiesiła bezwładnie koronę. Dziewczyna sapnęła z rezygnacją.
 
Nagle do jej uszu dobiegł trzask przypominający łamanie suchego patyka. Rozejrzała się, czy przypadkiem ciotka nie nadchodzi – nie zniosłaby jej kolejnego kazania.
 
Ponowny trzask, głośniejszy. Zupełnie jakby ktoś wszedł na cienki lód. Wyprostowała się i objęła wzrokiem pas wyjałowionych pól uprawnych. Wokół nie było żywej duszy. I znów ten sam odgłos. Tym razem z bliska, spod jej stóp. Przeszedł ją dreszcz. Spojrzała w dół i zastygła w bezruchu. Ziemia między jej nogami wyglądała jak popękana skorupka od jajka.
 
Co jest?
 
Drżenie ziemi przeszyło jej ciało. Nim zdążyła się zorientować w sytuacji, pęknięcie rozsunęło się pod jej nogami jak zardzewiałe wrota. Chciała uskoczyć w bok, ale nie zdążyła. Gleba się osunęła i utworzyła szczelinę długą na kilka metrów. Dziewczyna złapała się krawędzi i wbiła paznokcie w ziemię, która zsypała się jej na twarz. Oczy ją zapiekły i napełniły się łzami. W zębach zatrzeszczał piach. Nad nią stuletnie sosny łamały się jak zapałki i padały jedna za drugą. Wszystko wokół drżało. Miała wrażenie, że mityczny olbrzym zamknął kulę ziemską w dłoniach i potrząsa nią dla zabawy.
 
Wisiała zdana na łaskę sił potężniejszych od siebie. Ręce naprężone do granic możliwości rwały ją w łokciach, jakby rozciągano je średniowieczną machiną do tortur. Starała się wydostać z pułapki, lecz siła grawitacji ciągnęła ją w dół. Spanikowany mózg pracował na największych obrotach. Zaskakiwał ją serią wspomnień: dni zdominowanych przez alergię, poranków z porcją tabletek przeciwhistaminowych, popołudni z antydepresantem i pizzą na kukurydzianym cieście, wieczorów z oczekiwaniem na powrót rodziców z pracy. Ujrzała w pamięci matkę siedzącą nad laptopem, analizującą chemiczny wzór. Nad nią pochylony ojciec, rozprawiający o korzyściach wiązania uranu. A ona tuż za nimi. Podchodzi z walącym sercem, z nadzieją, że może tym razem jej się uda.
 
Mamo, nie potrafię zrobić matmy. – Wyciąga zeszyt. Jest przekonana, że rodzice nie wyczują kłamstwa. Przecież ich córka to matoł z zawodówki – to oczywiste, że nie umie liczyć.
 
Nie teraz – odpowiada matka, nie odrywając wzroku od monitora.
 
Rano mam klasówkę. – Podchodzi bliżej i staje za plecami ojca, zastanawiając się, czy odtrąciłby ją, gdyby go teraz objęła. – Tato, kojarzysz wielomiany? – pyta, lecz nie rusza się z miejsca.
 
Dziecko, to jest ważne. Trzeba było zabrać się wcześniej za lekcje. Teraz nie mamy czasu.
 
Ale wcześniej was nie było, a ja nie potrafię…
 
Nie teraz! Rozumiesz? – Matka rzuca jej spojrzenie, mówiące: żadnego z ciebie pożytku, tylko przeszkadzasz.
 
Żołądek jej się zaciska. Żółć zalewa przełyk, w ustach pojawia się gorzki smak. Chce zapłakać z bezradności, ale łzy nie nadchodzą – jak zawsze. Ich miejsce zastępuje gniew. Fala gorąca wypływa jej na twarz, frustracja podgrzewa krew w żyłach. Rzuca zeszytem w komputer matki.
 
Nienawidzę was! – Wybiega z domu w ciemną noc.
 
Zamknęła powieki na wspomnienie tamtego wieczoru. Straciła wolę walki. Jej dłonie zsunęły się jak po tafli lodu. Jęknęła, zagarniając palcami glebę. W zasadzie po co dłużej żyć?
 
I wtedy z głębi jamy dobiegł ją kobiecy śpiew. Zwiewne wstęgi dymu w kolorze nieba zaczęły się owijać wokół jej nóg. Poczuła ciepło otulające stopy, łydki, kolana, uda. Uchwyt palców zaciśniętych na krawędzi rozluźnił się. Oddech się uspokoił. Wzrok zyskał pełnię widzenia. Ciepło zaczęło rozchodzić się w górę ciała, otuliło jej szyję, policzki, twarz. Poczuła spokój. Niebieska wstęga dymu zatańczyła przed nią, kreśląc w powietrzu portret kobiecej twarzy. Nieziemsko pięknej, o porcelanowej cerze, różanych ustach i szmaragdowych oczach. Jej włosy przypominały pędy ozdobnych traw, oczy spoglądały dociekliwie, przywodząc na myśl dzikiego ptaka.
 
Bywało, że leki na alergię otępiały ją, powodując zaburzenia postrzegania i senność, ale to co działo się z nią teraz… Przez moment zapomniała nawet, jak się nazywa.
 
Chloris… – Usłyszała wibrujący głos, wypowiadający jej imię.
 
To tylko omamy – tłumaczyła sobie.
 
Ja istnieję. Jestem tu dla ciebie.
 
Tak? To mnie stąd wyciągnij.
 
Zjawa przechyliła głowę, przyglądając się z zaciekawieniem, po czym nabrała powietrza i dmuchnęła jej w twarz. Bogactwo zapachów, obrazów i dźwięków spowiło dziewczynę. I choć trwało to zaledwie sekundę, miała wrażenie, że ujrzała wschód słońca nad morzem, poczuła muśnięcie bryzy na policzkach, usłyszała nawoływanie mew.
 
Wizja zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a wraz z nią kobieca postać.
 
Silne tąpnięcie wstrząsnęło ziemią tak mocno, że nie była w stanie się dłużej utrzymać. Zaczęła się zsuwać w przepaść.
 
Nagle czyjaś dłoń chwyciła ją za nadgarstek. Szarpnięcie spowodowało, że jej bark przeszył rozrywający ból.
 
Podciągnij się – nakazał męski głos. Nie była jednak w stanie zebrać w sobie dość siły. – No, nie wiś tak biernie. Do góry! – ponowił ostrzej. Starała się wdrapać nogami po urwisku, jednak nie mogła dosięgnąć ściany. Poczuła rozdrażnienie. Jak miała się podciągnąć, skoro nie miała się o co zaprzeć? – Nie bujaj się, to nie pomaga. – Mimo upomnienia Chloris wierzgała nogami, próbując zaczepić stopą o uskok. – Uspokój się – polecił.
 
Spadaj, próbuję się wydostać.
 
Mężczyzna rozluźnił uścisk dłoni. Serce podeszło jej do gardła.
 
Co robisz!? – Czuła, że zaraz ją puści.
 
Widzę, że poradzisz sobie sama.
 
Nie! Poczekaj. – Z jej płuc wydostał się rzężący świst. – Nie pomyślałam…
 
Staram się uratować ci życie, więc lepiej myśl. Chwyć moją drugą rękę.
 
Chloris uniosła głowę. Wśród tumanu kurzu dostrzegła na nadgarstku bransoletkę z rzemieni. Chwyciła dłoń mężczyzny, a wtedy on ją podciągnął. Już niemal znalazła się na powierzchni, gdy ponowne tąpnięcie sprawiło, że wszystko wokół zaczęło się sypać.
 
Cholera! – Mężczyzna wzmocnił uchwyt. Spocone dłonie dziewczyny wyślizgiwały się z jego uścisku. Ziemia umykała mu spod stóp. Wiedział, że grunt zaraz się obsunie i pochłonie ich oboje. – Muszę cię puścić, bo zginiemy!
 
Chloris rozszerzyła powieki, kiedy zrozumiała, że on nie żartuje.
 
To koniec.
 
Puścił ją.
 
Zaczęła spadać.



#2

Ujrzała oddalające się niebo i zamknęła oczy. Nie czuła przerażenia, jedynie rozczarowanie. Wizja odejścia z tego świata była być może przykra, ale nie tragiczna. Nie będzie za nikim tęsknić. Może istnieje życie po życiu, w którym odnajdzie szczęście, miłość i zrozumienie? Jej dusza narodzi się na nowo w ciele, które nie pokryje się więcej ropną wysypką od tabliczki czekolady, orzechowych lodów i owoców morza. Ogarnęło ją nawet podekscytowanie na myśl o bitej śmietanie z truskawkami zajadanej w towarzystwie idealnych rodziców, w idealnym ogródku jej idealnego domu, w nowym idealnym życiu.
 
Poczuła, że coś miażdży jej żebra.
 
Czy już upadła?
 
Otworzyła oczy. Ogromny ptak o ostrych szponach unosił ją do góry. Trzepotał skrzydłami monstrualnych rozmiarów. Brunatne, niemal czarne pióra, nakrapiane białymi plamami szeleściły przy każdym jego ruchu. Unosił ją nad ziemię, nad drzewa, coraz wyżej pod niebo, pozostawiając za sobą odgłosy pękającej skorupy.
 
Zimny wiatr zakłuł ją w uszy. Mimo chłodu czuła narastającą duszność w piersiach. Zabrakło jej tchu. Starała się oddychać, lecz nie mogła. Astmatyczny kaszel wydobył się z jej płuc, zabijając tlen i przejmując kontrolę nad ciałem. Nabrała łapczywie powietrza i zakasłała. Raz, drugi, głęboko, aż treść żołądka cofnęła jej się do przełyku. Gdyby musiała wybrać rodzaj śmierci, jaką ma umrzeć, to wolała roztrzaskać sobie wcześniej głowę, gdy spadała. Wszystko jednak wskazywało na to, że zadławi się własnymi wymiocinami, wisząc w szponach ptaszyska-mutanta.
 
Często miewała chwile, gdy wyobrażała sobie swoją śmierć. Jej wizje były pełne patosu, powagi, czerni i melancholii, którymi starała się zagłuszyć wewnętrzne dziecko, domagające się odrobiny uwagi rodziców. Nie zakładała, że zakończy swój żywot, zwracając obiad ciotki. Wystarczyło jej, że ma gówniane życie. Dlaczego ma mieć jeszcze gównianą śmierć!?
 
Wygięła się w pałąk, by sięgnąć po inhalator do kieszeni spodni. Zabrakło jej kilku centymetrów. Spróbowała ponownie. Ptak gwizdnął ogłuszająco i zacisnął szpony na jej żebrach. Ból był nie do zniesienia. Krzyknęła. W odwecie złapała ptaszysko za nogę i wbiła paznokcie w łuskowatą skórę. Ten rzucił jej karcące spojrzenie, zatoczył koło, zniżył lot i tuż nad ziemią wypuścił ją ze szponów.
 
Runęła w wysoką trawę i przeturlała się po łące. Upadła twarzą do ziemi. Oddychała szybko, zbierając w sobie siły, by stanąć na nogi. Czuła pod sobą drżenie. Poprzednie wstrząsy kojarzyły jej się z dygotaniem w ciężkiej chorobie, te zaś przypominały raczej dreszczyk towarzyszący zwykłemu przeziębieniu. Z wysiłkiem podparła się na rękach i usiadła. Bolały ją plecy, krew dudniła jej w skroniach, kręciło jej się w głowie, oddech stawał się coraz płytszy. Sięgnęła do kieszeni spodni, wyjęła inhalator, potrząsnęła nim i zaciągnęła się głęboko. Odczekała kilka sekund na wdechu, po czym wypuściła powietrze. Mogła oddychać. Jej wzrok błądził po łące otoczonej lasem, gdy dostrzegła lądującego ptaka. Zadrżała na myśl o tym, do czego zdolny może być jego ostry dziób.
 
I wtedy zdarzyło się coś niewiarygodnego.
 
Ptaszysko zetknęło się z ziemią i otrząsnęło jak mokry pies. Jego pióra zaczęły się kurczyć i wnikać w skórę, aż w ich miejscu pojawiło się gołe ciało. Monstrualne skrzydła przeistaczały się w ręce, łapy w nogi, szpony w stopy, korpus w klatkę piersiową, czemu towarzyszył odgłos łamanych kości. Chloris z niedowierzaniem patrzyła, jak głowa ptaka pokrywa się blond włosami. Dziób przemienia się w prosty nos i symetryczne usta. Orli wzrok łagodnieje, a w jego miejscu formują się oczy o ciemnych rzęsach i brwiach. W zaledwie kilka sekund wielki opierzony zwierz zmienił się w człowieka. Luźne spodnie, trekkingowe buty i bluza z kapturem mogły sugerować, że jest on typowym dwudziestolatkiem.
 
Nim Chloris zdążyła przyswoić ten widok, chłopak szedł już w jej stronę z wyrazem zaciętości na twarzy.
 
Rozszerzyła oczy. Poczuła duszność. Przyłożyła inhalator do ust i wzięła głęboki wdech.
 
– Co ty wyrabiasz? – Podszedł do niej i dźwignął ją pod ramię. – Mogłaś się zabić. – Jego twarz, mimo wyrażanej złości, miała łagodne rysy. Włosy były jasne, lekko falujące, a oczy niebieskie jak niebo, z którego sfrunęli.
 
Chloris nie mogła uwierzyć, że jest prawdziwy. Ogarniała przerażonym wzrokiem każdy centymetr jego ciała, aż napotkała znajomo wyglądającą bransoletkę z rzemyków. Zachwiała się. Nogi miała sztywne, mimo to znalazła w sobie siłę, by się cofnąć i uwolnić z jego uchwytu.
 
– Zostaw mnie! – krzyknęła i zadrżał jej głos.
 
Chłopak dostrzegł w oczach dziewczyny przerażenie i spuścił z tonu.
 
– Spokojnie.
 
– Jak to zrobiłeś?
 
– Co?
 
– Zmieniłeś się…
 
– To transformacja.
 
– To się nie dzieje naprawdę. – Zaczęła się cofać. – Ciebie nie ma. Jesteś wytworem mojej wyobraźni.
 
– Musimy się zbierać. – Chwycił ją za rękę.
 
– Nie dotykaj mnie! – Odsunęła się, poszukując wzrokiem drogi ucieczki. – Jesteś jakimś mutantem!
 
Twarz chłopaka spoważniała.
 
– Może trochę milej. Właśnie uratowałem ci tyłek.
 
– Mam być miła? – Strach Chloris zaczął przeradzać się w gniew. – To jakaś paranoja. Rozejrzała się zagubionym wzrokiem po polu, zewsząd otoczonym lasem.
 
– Musiałem nas stamtąd zabrać. Byliśmy w epicentrum.
 
– Epicentrum czego?
 
– Trzęsienia ziemi. Niczego was nie uczą w tych szkołach. – Zrobił krok w jej stronę i złapał ją za nadgarstek. – Nie mamy czasu, ruszajmy.
 
– U nas nie ma trzęsień ziemi. – Wyrwała rękę.
 
– Od dziś już są. Zaraz nadejdzie kolejna fala wstrząsów. – Chloris przyłożyła inhalator do ust i zaciągnęła się lekarstwem. – Jesteś astmatyczką – zauważył. – Masz alergię?
 
Spojrzała na niego zawistnie.
 
– Tak, na takich debili jak ty. – Odwróciła się i ruszyła w stronę lasu.
 
Starała się, aby jej chód wyglądał pewnie, jakby niczego i nikogo się nie bała. Serce jednak dygotało jej w piersi, a dłonie oblewał pot. Musi się stąd wydostać. Przyspieszyła kroku, a po chwili zaczęła biec. Chciała uciec jak najdalej, a najlepiej obudzić się z tego parszywego snu – jednego z tych, które miewała po zażyciu antydepresantów. Krążyła w nich pod postacią szybowca nad miastem, by w najmniej oczekiwanym momencie rozbić się o szklaną taflę wieżowca, runąć na chodnik i obudzić się z walącym sercem cała mokra. Tylko że to nie był sen. W jej snach wszystko było znajome – szare bloki, biurowce, miejskie zapachy, odgłosy aut i ludzie, którzy patrzyli na nią, wznosząc zadziwione twarze ku niebu. Teraz wszystko było obce. A to co obce zawsze wzbudzało w niej lęk.
 
Nagły wstrząs zwalił ją z nóg, tak że uderzyła twarzą o ziemię. Poczuła w ustach metaliczny smak krwi i dotknęła kolczyka w dolnej wardze. Tkwił na swoim miejscu, lecz warga spuchła i bolała ją jak diabli. Ziemia ponownie się zatrzęsła, wydając z głębi dudnienie. Chloris uniosła się na rękach. Las falował, od jego skraju pełzły pęknięcia rozdzielające powierzchnię ziemi na pół. A ona tkwiła dokładnie pomiędzy jedną połową a drugą – pośrodku linii, która przypominała granicę sąsiadujących ze sobą państw. Wystarczyło, żeby wstrząs się powtórzył, a ona zapadłaby się pod ziemię.
 
– To jakiś koszmar… – jęknęła.
 
Poczuła mocne objęcie w pasie, które postawiło ją na nogi. Chłopak przytrzymał ją jedną ręką, drugą sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął fiolkę wypełnioną piaskiem. Ziemia zatrzęsła się ponownie. Grunt zaczął rozstępować się pod ich nogami.
 
– Ruszamy. – Wyciągnął zębami korek od fiolki i kolistym ruchem rozsypał jej zawartość wokół nich. Ziarenka zadźwięczały niczym krople deszczu uderzające o blaszany parapet. – Trzymaj mnie mocno. Będą turbulencje. – Chloris instynktownie zacisnęła dłonie na jego ręce, a wtedy inhalator wysunął się spomiędzy jej palców i upadł. Wychyliła się po niego. – Nie ruszaj się! – Chłopak przyciągnął ją do swojej piersi, a wtedy otoczyła ich zielona smuga światła.
 
– Inhalator!
 
Chciała się wyrwać, lecz chłopak zamknął ją w żelaznym uścisku. Przylegli do siebie tak, że niemal nie mogła oddychać i wtedy niespodziewany cug wiatru oderwał ich od ziemi. Nagły wzrost ciśnienia sprawił, że zatkało jej uszy, coś obróciło ich wokół osi. Znaleźli się w tunelu z butelkowego szkła, który porwał ich do góry. Zielone światło wokół nich zaczęło malować rośliny na szkle. Oszołomiona Chloris patrzyła, jak kwiaty wyłaniają się z tafli, mnożą i nachodzą na siebie, przybierając realną postać. Każdy z nich budził się do życia i umierał na jej oczach. Dostrzegała najdrobniejszy ruch płatka i najmniejszy wzrost łodygi. Niezwykłości tego zjawiska nie byłaby w stanie oddać żadna kamera, żaden wynalazek techniki, jakim mógł się poszczycić człowiek. Nic nie potrafiło oddać fali bodźców, która zalewała teraz jej zmysły. Czuła zapach ziemi, z której wykluwają się zalążki łodyg, słyszała ruch pączków rozwijających się w liście. Widziała, jak przyroda rodzi się na jej oczach. Jak rośnie trawa, grzybnia, krzewy, lasy. Wszystko, choć na pierwszy rzut oka mogło wydawać się chaotyczne, miało swój porządek i czas. Odniosła wrażenie, że mijają dni, chociaż rozum podpowiadał jej, że upłynęło zaledwie parę chwil. Zielony tunel wokół nich wypełniła feeria zapachów, dźwięków i barw. Wokół rozlegał się śpiew ptaków, ryczenie żubrów, popiskiwanie wiewiórek i pluskanie ryb w rzece. Ujrzała twarz tej samej kobiety, która ukazała jej się nad przepaścią. Po chwili jednak zjawa zniknęła równie nieoczekiwanie, jak się pojawiła.
 
Poczuła szarpnięcie i silny wstrząs. Zaczęli spadać. Obrazy rozmazywały się z prędkością światła, dźwięki cichły, woń parowała. I znów to uczucie zatkanych uszu – do momentu, aż spadli na ziemię.


#3

OSADA
 

 
Otworzyła powieki i napotkała przenikliwy wzrok chłopaka. Leżała na jego piersi otulona ramionami.
 
Puścisz mnie, czy będziemy jeszcze gdzieś lecieć? – burknęła. Uwolnił ją z objęć. – Zostawiłam inhalator. – Podniosła się obolała.
 
Tu nie będzie ci potrzebny.
 
Rozejrzała się wokół. Znajdowali się na skraju gęstego lasu. Przed nimi na niewielkim wzgórzu rozpościerała się osada. Każdy z domów przypominał glinianą chatę ze średniowiecza pokrytą słomianym dachem, a wszystkie były niemal identyczne. Pod oknem stała ławeczka, przy której rosło owocowe drzewo, wokół przydomowego ogródka ustawiono drewniany płotek, a do drzwi prowadziła ścieżka z polnego kamienia.
 
Co to za wiocha? – zapytała.
 
Chłopak rzucił jej karcące spojrzenie.
 
Jesteśmy w Luonto.
 
Koło jakiego miasta? Nigdy nie ogarniałam nazw geograficznych.
 
Naszej krainy nie ma na mapie. Ludzie nie wiedzą o jej istnieniu.
 
Mhm… – Potarła ręką czoło. – Rodzicie nie mówili ci, że opalanie bez czapki szkodzi na głowę?
 
A tobie, że różowy lepiej wygląda na policzkach niż na włosach?
 
Chloris zacisnęła zęby. Już miała ochotę zmieszać go z błotem, gdy pojawiła się znajoma smuga zielonego światła, z której wyłonił się chłopak z trzystukilogramowym jeleniem na rękach. Krzyknęła i odskoczyła. Przybysz zmierzył ich badawczym spojrzeniem.
 
Co ty wyrabiasz Gratus? – zapytał i wypuścił jelenia, który pognał płochliwie do lasu.
 
Egon. Widzę, że uratowałeś jelenia barasinga.
 
Chłopak przesunął masywną dłonią po czarnych włosach, obrzucając Chloris pogardliwym spojrzeniem.
 
Sprowadzasz tu człowieka? To wbrew zasadom.
 
Matka kazała mi ją ratować – odparł Gratus.
 
Nikt nie słyszy głosu Matki, prócz Królowej. Nie miałeś prawa jej tu sprowadzać.
 
O tym zadecyduje Plenum.
 
To im się nie spodoba. Lepiej zabierz ją do domu, niech się chociaż umyje. Wątpię jednak, czy ten kolor zejdzie. – Zmarszczył nos, przyglądając się jej wnikliwie. – Jesteś blada jak trup. Wiesz w ogóle co to słońce?
 
Chloris zacisnęła pięści.
 
Szlachta ma białą skórę, a plebs chodzi opalony – odparła. Nie miała pojęcia, gdzie się znalazła i z kim ma do czynienia. W jakimś stopniu była nawet przerażona, co nie oznaczało jednak, że da sobą pomiatać.
 
Egon zbliżył się, a wtedy jego twarz wykrzywił grymas, przypominający do złudzenia jaszczurczy pysk. Momentalnie Gratus zasłonił Chloris i stanął naprzeciw niego.
 
Daj spokój – powiedział opanowanym głosem.
 
Szmata myśli, że jest jedwabiem. – Egon syknął i pokazał rozwidlony, gadzi jęzor. Przebiegł po Chloris spojrzeniem pełnym odrazy, obrócił się i odszedł w stronę osady.
 
Palant. – Chloris odgarnęła drżącą dłonią grzywkę z czoła.
 
To z pewnością – odparł Gratus. – Chociaż faktycznie nie wyglądasz za dobrze.
 
O co wam chodzi?
 
Wyjął z kieszeni małe prostokątne lusterko. Zobaczyła swoje odbicie i wciągnęła z sykiem powietrze. Jej grandżowe ubranie było poszarpane i zszarzałe. Włosy miała potargane, siwe od kurzu i miejscami posklejane od potu. Pasemka przypominały różowe gluty. Umorusane czoło kontrastowało z bielą cery. Przeniosła wzrok na dłonie. Za paznokciami tkwił bród, jakby przerzucała węgiel palcami. Nagle zdała sobie sprawę z absurdalności tej sytuacji i parsknęła śmiechem.
 
Porwało mnie ptaszysko z lustereczkiem za pazuchą.
 
Gratus przewrócił oczami
 
Lusterko jest elementem wabika na lisa – wyjaśnił.
 
Lisa? – Wyobraziła sobie Gratusa, jak okrywa się damskim szalem z wypchanego zwierzęcia i przegląda z gracją w swoim małym lustereczku. Zaśmiała się głośno. Chłopak wyjął kawałek styropianu z kieszeni i potarł go o lustro. Rozległ się odgłos przypominający pisk myszy. – A to co znowu? – zapytała.




#4

 
Lis, słysząc ten dźwięk, jest w stanie podejść bliżej. Miałem dzisiaj sprowadzić jednego z nich do Luonto, ale trafiłem na ciebie – wyjaśnił. – Schwytanie żywego osobnika bez usypiania jest niemałą sztuką. Lis jest bystry, przebiegły i ma doskonały słuch. Jest w stanie usłyszeć ludzki oddech z odległości sześciuset metrów, a trzepot skrzydeł nawet z półtora kilometra. – Jego oczy zabłyszczały. Widząc jednak, że nie znajdzie w Chloris słuchaczki, schował lusterko i styropian do kieszeni. – Nie wiem, po co właściwie ci to opowiadam. I tak nie masz pojęcia, o jakim zwierzęciu mówię, prawda?
 
Pytanie zawisło w powietrzu. Uśmiech zniknął z twarzy Chloris. Jej usta zacisnęły się w prostą linię, a policzki poczerwieniały ze złości.
 
Słuchaj Gratus, bo chyba tak masz dziwacznie na imię – zaczęła. – Nie wiem, co tu się u diabła dzieje. Co to za archaiczne miejsce? Komu i dlaczego mam się tłumaczyć? Kim wy jesteście? I jakim cudem tamten palant uniósł tak wielkie bydlę. Wiem jedno, nie będziesz robił ze mnie idiotki i odpieprzysz się od moich włosów, jasne!?
 
To był zagrożony gatunek jelenia z Indii – odparł.
 
Co!?
 
Jeleń barasinga, którego widziałaś na rękach Egona. Bydlę, jak go nazwałaś, to zwierzę domowe. Jeleń jest zwierzęciem nieudomowionym. Dzikim. Sama widzisz, że mam prawo wątpić w poziom twojej inteligencji. Poza tym odnoszę wrażenie, że jesteś nieco rozchwiana emocjonalnie. Bierzesz jakieś leki? Bo wyraźnie coś z tobą nie tak.
 
To z tobą jest coś nie tak! Co to za zoo? Jakim cudem zmieniłeś się w człowieka, skoro byłeś straszliwym ptaszyskiem?
 
Orlikiem grubodziobym. Jestem Homanilem. – Chloris spojrzała na niego jak na uciekiniera z wariatkowa. Gratus sapnął, widząc jej minę. – To z łaciny – wyjaśnił. – Hominius znaczy człowiek, animal to zwierzę. W wolnym tłumaczeniu nie brzmi to zbyt dobrze, coś jak: człowieko-zwierz.
 
Okej, dość tego. Wracam do domu. Popieprzeńcy… – przeklęła pod nosem i ruszyła w stronę lasu.
 
Nie wydostaniesz się stąd sama! – zawołał za nią. – Znajdujemy się między ziemią a niebem. Tylko ktoś z ludu Luonto może cię przenieść z powrotem do domu.
 
Chloris odwróciła się z furią w oczach.
 
Więc mnie przenieś!
 
Radzę ci się zastanowić, czy rzeczywiście chcesz wracać. – Zrobił kilka kroków w jej stronę. – To, czego doświadczyłaś było tylko trzęsieniem ziemi. Po nim nadejdą trąby powietrzne, tajfuny, cyklony, powodzie i tsunami, po których spadnie grad wielkości strusich jaj. Na koniec wszystko przykryje śnieg i wieczna zmarzlina. Nic i nikt nie przetrwa.
 
I to wszystko naraz?
 
W przeciągu roku.
 
Mówisz jak fanatyk religijny. Apokalipsa, czterech jeźdźców…
 
Religia nie ma tu nic do rzeczy. To co ma nastąpić jest potężniejsze od waszych kościołów i wiary.
 
To po prostu śmieszne. Ty jesteś śmieszny. Pomyłka genetyczna pijanego naukowca. – Odwróciła się od niego i ruszyła przed siebie. – To tylko sen wywołany niestrawnością po zjedzeniu okropnej dziczyzny przygotowanej przez ciotkę – tłumaczyła sobie, wchodząc w las. – Pewnie na nią też mam alergię. Zabiję matkę, że wysłała mnie do tego buszu na weekend majowy. Będzie ci tam lepiej niż w mieście. Świeże powietrze dobrze ci zrobi. Ciocia przygotuje ci naturalne posiłki… – przedrzeźniała głos matki. Jakby ją to w ogóle obchodziło, pomyślała, przedzierając się przez gęstwiny. – Chciała się mnie pozbyć i tyle – mówiła wciąż do siebie. – Też mi matka. Oboje z ojcem są siebie warci. Wielcy fizycy, uczeni – prychnęła i skierowała się w stronę, gdzie las zdawał się przejaśniać. – Bardziej niż rodzoną córkę, kochają energię jądrową i tablicę Mendelejewa. Kto w ogóle daje córce imię na cześć trującego gazu!?
 
Przerwało jej warknięcie. Rozejrzała się i zorientowała, że jakimś cudem znajduje się na skraju dziewiczej sawanny otoczonej lasem. Ponownie usłyszała zwierzęcy odgłos. Spojrzała za siebie. Była sama. Za nią rósł chłodny bór z rozpadającymi się pniami i pnącymi po drzewach pędami. Przed nią zaś sterczały z wysuszonej ziemi kępy traw, nieliczne akacje i baobaby skąpane w palącym zwrotnikowym słońcu. Momentalnie zrobiła się mokra od potu. Przetarła rękawem czoło i poczuła na twarzy palące słońce. Dobiegło ją złowrogie mruczenie. Zmrużyła powieki, aby objąć wzrokiem pustkowie i ponownie usłyszała dziki pomruk. Tym razem głośniejszy, dochodzący zza dwumetrowych traw. Mimo upału, poczuła zimny dreszcz na plecach.
 
To nie jest śmieszne. Słyszysz, Gratus? – Wodziła wzrokiem po trawach. Nagle w ich gąszczu napotkała spojrzenie kocich oczu. Zrobiła krok w tył. Sucha kępa zaszeleściła i spomiędzy niej wyłonił się muskularny kocur. Futro miał płowe z czarnymi plamami i podłużnymi pasami po bokach pyska. Na widok jego ostrych kłów Chloris zaczęła się cofać. – Dobry kotek. Ładny kotek.

 
#5

Wchodziła tyłem do lasu, a w ślad za nią kroczył dziki kocur, który prześwietlał ją swym spojrzeniem na wylot. Czuła, jak trzęsą jej się nogi. Zaraz dostanie ataku astmy, jak zwykle w stresujących sytuacjach. Zwierzę kładło z gracją łapę za łapą, zbliżając się nieuchronnie. – Jesteś jednym z nich? – zadrżał jej głos. – Bo wiesz, Homanilu, lepiej by się rozmawiało, gdybyś zmienił się w człowieka.
 
Kocur mruknął i naprężył mięśnie, szykując się do skoku. W jednej sekundzie Chloris odwróciła się i rzuciła do ucieczki. Przeciwnik jednak okazał się szybszy. Skoczył na nią i powalił na ziemię. Uderzyła czołem o wystający pień. Pociemniało jej przed oczami. W jej głowie rozległ się ogłuszający pisk, któremu zawtórował trzepot skrzydeł. Ostre szpony złapały ją za barki, wyrywając z łap kocura i uniosły do góry. Smagana gałęziami leciała kilka metrów nad ziemią. Ciemny las wirował wokół niej. Krew pulsowała w skroniach. Czuła, że robi jej się słabo. Niewiele brakowało, by straciła przytomność, gdy nagle oślepiły ją promienie słońca i ptak rzucił ją na ziemię. Poturlała się po trawie. Nie znosiła, gdy kręciło jej się w głowie. Zawsze unikała parków rozrywki pełnych diabelskich młynów i karuzeli, od których żołądek podchodził jej do gardła. A to lądowanie było o stokroć gorsze. Nim zdążyła podnieść głowę, zwymiotowała pod siebie i zemdlała.
 
Nie minęło kilkanaście sekund, jak ocucił ją odór własnych wymiocin. Spojrzała na papkę przypominającą barwą purée ziemniaczane i przekręciła się z niesmakiem na plecy. Nad nią stał Gratus w ludzkiej postaci z założonymi rękoma na piersi.
 
Do twarzy ci w żółtym. To zdecydowanie twój kolor.
 
Chloris przetarła policzek rękawem.
 
Na paznokciach też mam taki. – Pokazała mu środkowy palec i usiadła.
 
Ból przeszył każdy fragment jej ciała. Skrzywiła się, tłumiąc jęk. Nie chciała okazywać słabości. Nie da mutantowi tej satysfakcji.
 
Gratus nachylił się nad nią. Kosmyki jasnych włosów opadły mu na czoło, przysłaniając częściowo turkusowe oczy.
 
Ostatni raz ratuję ci życie – ostrzegł. – Jak tylko wyjaśnię twoją sprawę z Plenum, odsyłam cię do domu. – Wyprostował się i ruszył w stronę osady.
 
Chloris z trudem się podniosła. Czuła się jak po hardkorowej imprezie z ostrym pogo, litrami wypitej wódki, popalanej marihuaną.
 
To coś, tam w lesie – zawołała za nim – to był jeden z was? Dlaczego mnie zaatakował?
 
Chłopak zatrzymał się i odwrócił.
 
Znowu nie masz pojęcia z czym miałaś do czynienia, prawda?
 
Zaczęła kuśtykać w jego stronę, czując tępe pulsowanie w głowie.
 
Z dzikim kocurem? – Skrzywiła się, gdyż noga w kostce zabolała ją niemiłosiernie.
 
Usta Gratusa zacisnęły się. Przez chwilę miała wrażenie, że ponownie przemieni się w nieokrzesane ptaszysko. Jego sylwetka emanowała siłą i drapieżnością.
 
Wy naprawdę jesteście ignorantami – stwierdził. – Nic was nie obchodzi. Nie wiecie nic o świecie, w którym żyjecie. Nic się dla was nie liczy, prócz waszej wygody, waszego gatunku, waszego przetrwania. Byliście stworzeni jako ostatni, a chcecie być pierwszymi. Nie dbacie o tych, którzy żyją wokół was. Zabijacie z zimną krwią dla skóry, mięsa, ozdób, choć tak naprawdę ich nie potrzebujecie. Jesteście jak zaraza, która niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Robicie eksperymenty, zatruwacie, skażacie wszystko co piękne i czyste. – Brwi Chloris powędrowały w górę. – Ten dziki kocur, jak go nazwałaś, bronił swoich małych – wyjaśnił. – To gepard hecki z północno-zachodniej Afryki. Gatunek krytycznie zagrożony. Na wymarciu. I to przez was. – Wskazał na nią palcem.
 
Jego pełen pretensji głos sprawił, że Chloris przez sekundę poczuła się winna.
 
Ja nie zrobiłam nic złego – jęknęła mimowolnie, lecz po chwili stwierdziła, że nie zamierza się tłumaczyć. Nie rozumiała stawianych jej zarzutów. – Dlaczego się mnie czepiasz?
 
Mówię ogólnie. O ludziach. O twoim gatunku. – Jego oczy groźnie pociemniały. – Masz prawo jazdy?
 
Zaskoczył ją tym pytaniem.
 
Mam. A co, już znudziło ci się latanie?
 
Przewrócił oczami.
 
Pokonanie samochodem piętnastu kilometrów generuje pięć kilogramów dwutlenku węgla, tyle, co jedna sosna zdoła pochłonąć przez rok, rozumiesz? – zapytał.
 
Jezu, to ma być jakiś wykład? Jeśli tak, to zgłaszam nieprzygotowanie.
 
To nie są żarty. – Ton jego głosu wydał jej się naprawdę groźny. – To jest ostrzeżenie. Natura nie daje sobie z wami rady. Jesteście za ekspansywni, za chciwi i nienasyceni. Udajecie, że dostrzegacie problem, że robicie coś, by naprawić całe zło, które wyrządzacie. Ogłaszacie akcje typu dzień bez samochodu – prychnął. – Jeden dzień? Serio? Uspokajacie swoje sumienia działaniami, które nie są nawet ułamkiem jednego procenta tego, co powinniście zrobić, by życie na Ziemi przetrwało.
Chloris patrzyła na niego osłupiała. Chłopak mówił z takim zaangażowaniem, jakby faktycznie wierzył, że ona, jeżdżąc autem po zakupy, przyczynia się do totalnej zagłady kuli ziemskiej.
 
Nie przesadzasz? Mamy przestać jeździć samochodami? Przecież to sparaliżowałoby cały świat – prychnęła.
 
Lepszy paraliż niż zgon. – Przesunął dłonią po włosach. – Dałem ci tylko jeden przykład. Jeden spośród tysięcy. Racjonalne gospodarowanie darami Matki jest wam obce. Dawała wam szanse, ale wy je zawsze zaprzepaszczaliście. Dawała wam znaki, ale wy je ignorowaliście. Nie będzie już kolejnego ostrzeżenia. – Przysunął się do niej tak blisko, że poczuła na twarzy jego przyśpieszony oddech. – Ona jest naprawdę wkurzona i nic was już nie ocali. – Wyprostował się i spojrzał na nią z góry. – Nie mam pojęcia, dlaczego chciała żebym cię uratował i nie wiem, jak wytłumaczę się z tego przed Plenum. Póki co masz przed sobą jeszcze kilka godzin życia, nim zdecydują o odesłaniu cię z powrotem. Wykorzystaj je na swój ludzki sposób. – Odwrócił się do niej plecami i ruszył w stronę chat.
 
Chloris stała przez chwilę z walącym sercem. Nie miała pojęcia, co powinna ze sobą zrobić. Sięgnęła do kieszeni bluzy z nadzieją, że wszystkie lądowania i upadki nie pozbawiły jej jedynego kontaktu z rzeczywistością. Z błyskiem w oku wyciągnęła smartfona i przejechała palcem po ekranie.
 
A! Zapomniałem dodać… – Chłopak odwrócił się, przewidziawszy co zrobi. – Nie mamy tu Internetu, sieci komórkowych, telefonów stacjonarnych, dostawców energii, środków transportu, telewizji i wszystkiego, co wy uznalibyście za niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.
 
Chloris ze zdziwienia otworzyła usta.
 
Ale… – Zmarszczyła czoło. – To jak udaje wam się przeżyć?
 
W zgodzie z Matką Naturą – odparł i odszedł.

To już ostatnia udostępniona część "Luonto". Jeśli jesteś ciekawa jak dalej potoczą się losy Chloris i Gratusa, jakie plany wobec ludzi ma Matka Natura i czym tak naprawdę jest Luonto, to zachęcam Cię do nabycia powieści w księgarni, m.in. na www.empik.com/luonto-darwood-melissa,p1137449256,ksiazka-p

Nawet się nie spodziewasz tego, co wydarzy się dalej. A może nic nie jest takie, jakim się wydaje...?  

 © Melissa Darwood
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego